Wspomnienia

Wspomnienia nachodzą człowieka w różnych momentach, często niezależnie od niego samego. Ni stąd, ni zowąd nagle przypomina się człowiekowi jakieś zdarzenie, jakiś fakt, który nurtuje myśl i domaga się spojrzenia raz jeszcze na tamten epizod z życia, na nowe jego przemyślenie. Jednym z takich epizodów, który wywołuje moje wspomnienia sprzed lat, było spotkanie z panem Wojciechem Bolisęgą zamieszkałym we wsi Chyszówki koło Jurkowa.

Zaczęło się od tego, że ktoś ze znajomych wspomniał o nim, jako o posiadaczu pamiątek i wielu wspomnień z początku I wojny światowej, kiedy to przebywał w tym rejonie oddział legionistów wraz z ich twórcą Józefem Piłsudskim. Od słowa do słowa - dość, że postanowiliśmy odwiedzić go i poprosić o przypomnienie okresu, który obecnie owiany jest już legendą. W kilka dni później wojskowy łazik zabrał nas do Chyszówek na zaplanowaną wizytę.

Trzeba tu zaznaczyć, że w tym czasie (początek lat sześćdziesiątych) samochodów było jak na lekarstwo, zaś drogi były w strasznym stanie. Do Jurkowa jechało się jeszcze możliwie, gdyż nawierzchnia była stosunkowo szeroka i w przeważającej części utwardzona. Prawdziwa kawaleryjska jazda zaczęła się, kiedy w Jurkowie skręciliśmy na Chyszówki. Łazik bez przerwy przechylał się to w jedną, to znów w drugą stronę. Raz gwałtownie wspinał się do góry, to znów nagle spadał w dół. Trzeba było się mocno trzymać, by nie wypaść z pojazdu. Za łazikiem wiły się kłęby kurzu wzniecanego przez koła samochodu. Szczęście, że było sucho. Wyobrażam sobie, jak wyglądalibyśmy, gdyby to było po deszczu. Po kilku kilometrach takiej jazdy wyjechaliśmy na nieco szerszy trakt, a po chwili łazik zatrzymał się. Byliśmy u celu. Nasz przewodnik powiedział tylko "przepraszam" i znikł za drzewami. Staliśmy bowiem na brzegu lasu. Zaczęliśmy rozglądać się. Uwagę naszą zwrócił najpierw wysoki krzyż z jakąś tabliczką, której napis został jednak zatarty ludzką ręką. Nieopodal trójboczny obelisk również ze zniszczonymi nieczytelnymi tablicami. Jak się wkrótce okazało - zniszczenia były dziełem pracowników Urzędu Bezpieczeństwa. Krzyż bowiem postawiony był na pamiątkę zwycięskiej bitwy, jaka tu się rozegrała w 1914 roku i pobytu na tym terenie legionistów polskich z Józefem Piłsudskim i Edwardem Rydzem-Śmigłym na czele. Obelisk zaś upamiętniał nadanie temu miejscu nazwy "Przełęcz Rydza-Śmigłego". W latach 50-tych starano się pamiątki te usunąć, jednakże dzięki miejscowej ludności do tego nie doszło. Postarano się więc o zniszczenie przynajmniej napisów na znajdujących się tam tablicach. Wkrótce ukazał się nasz przewodnik w towarzystwie starszego już mężczyzny, trzymającego się prosto i lekko kroczącego. Okazało się, że to pan Wojciech Bolisęga. Twarz jego jaśniała w uśmiechu, chociaż czoło pokryte było głębokimi bruzdami świadczącymi o ciężkiej pracy lub poważnych zmartwieniach, a być może o jednym i drugim. Mówił tutejszą gwarą, która jednakże była dla nas całkowicie zrozumiała. Czasami tylko pytaliśmy o znaczenie niejasnych wyrazów. Rozmowa zaczęła się od pytania pana Bolisęgi -"Specjalnie przyjechaliście, aby zwiedzić Przełęcz Rydza-Śmigłego?" Kiedy stwierdziliśmy, że tak, dodał: "Teraz rzadko kto tu przyjeżdża. Nasze władze są niezadowolone, kiedy przyjeżdżają tu ludzie i pytają, jak to było kiedy walczyli tu legioniści Piłsudskiego. Jeśli chcecie to Wam nieco opowiem. Pamiętam te czasy dobrze, bo byłem już wtedy wyrostkiem, którego to ciekawiło." I rozpoczęło się opowiadanie.

"O tu, na tej górce - pan Wojciech wskazał na pobliskie wzgórze - legioniści mieli swoje dekówki (okopy kryte gałęziami). Stąd strzelali do podchodzących patroli Moskali." Pytamy, czy pamięta bitwę, w której legioniści pokonali tutaj szwadron Kozaków i zajęli po nim kwatery. "Wszyscy to pamiętają, bo zrobiła się wielka wrzawa. Żołnierze krzyczeli po polsku i po rusku. Ludzie ze wsi też krzyczeli, ze strachu. Konie też mocno kwiczały, bo je kopano i szarpano za uzdy. Strzelali też, ale niewiele. Bili się bardziej na szable. Najgorszy był widok sołdata, który jechał na koniu i trzymał się za rozcięty brzuch, z którego wychodziły wnętrzności. Ale nie trwało to długo. Rano było już spokojnie i kręciły się tylko patrole legionistów. Potem przyjechał sam Piłsudski i objeżdżał teren. Przyjechało też, koło południa, sporo oficerów austriackich, którzy oglądali teren i gratulowali legionistom zwycięstwa. Potem wszyscy odjechali i legioniści też odmaszerowali. Ale któregoś dnia Piłsudski znów przyjechał z grupą legionistów i pozostał tu parę dni. Zatrzymał się przed naszą chałupą i pytał, czy może tu kwaterować. Tata powiedział że pewnie. Piłsudski zeskoczył z konia i oddał go w moje ręce, abym go dobrze wytarł słomą - do sucha, a potem wyczyścił. Wziąłem więc za uzdę i wprowadziłem konia do stajni. Chętnie to zrobiłem, bo lubiłem konie, a to przecież koń Piłsudskiego. Gorzej było na drugi dzień, kiedy Piłsudski kazał mi przyprowadzić tego konia. Poszedłem do stajni, odpiąłem od żłobu i za uzdę chciałem go wyprowadzić, ale we drzwiach kobyła utknęła, bo była taka dupiasta. Wejść weszła, ale wyjść nie mogła. Próbowałem raz i drugi, ale nic z tego nie wyszło. Piłsudski zaczął się niecierpliwić. Zapytał "Co z tym koniem?". Kiedy nie podprowadziłem go, sam przyszedł do stajenki. Nie powiedział mi ani słowa, ino tak jakoś spojrzał, że ze strachu narobiłem w portki. Trzeba było wyrwać futrynę u drzwi i dopiero wtedy koń wyszedł."

Opowiadając to p. Bolisęga tak się wzruszył, że zaczął się zachłystywać i ciężko oddychać. Słowa zamierały mu w ustach. Prosiliśmy go, aby nieco odpoczął. Po prostu wystraszyliśmy się, że dostanie apopleksji. Tak bardzo przeżywał swoje wspomnienia. Po chwilowej przerwie znów zaczął opowiadać: "Dwa, albo trzy razy kazano mi dostać się do Słopnic, gdzie stały wojska austriackie i tam przekazać jakieś meldunki od Piłsudskiego. Trzeba było uważać, aby nie wpaść na patrol Moskali, którzy plątali się po lesie i podpatrywali poczynania legionistów. Po zaniesieniu meldunku trzeba było otrzymać potwierdzenie, że się tam było. Przybijali pieczęć na białych portkach, albo gaciach. Kiedyś, w pośpiechu nie wziąłem gaci, a portki miałem ciemne i pieczątkę, żeby była widoczna, przybili mi na gołym pośladku. Trochę było mi głupio, ale musiałem poddać się temu, bo inaczej nie uwierzyliby mi, że tam byłem. Po powrocie i pokazaniu pieczątki Piłsudski uśmiał się rzetelnie, ale pochwalił za wykonanie rozkazu". Tu znowu nastąpiła zadyszka u pana Wojciecha. Poprosiliśmy więc o przerwę w opowiadaniu.

Po chwili zaczął mówić: "Piłsudski to miał takie oczy, że jak na cię spojrzał, toś czuł ciarki na plecach. Przewiercił cię na wylot - taki miał wzrok. A brwi to miał takie krzaczaste. Ale nie słyszałem nigdy, aby na kogoś głośno krzyczał. Chyba, że do żołnierzy, kiedy stali w szeregu. Wtedy mówił głośno." Powoli idziemy spod krzyża i pomnika Rydza-Śmigłego pod dom pana Bolisęgi, który ciągle opowiada jeszcze o grudniowych dniach 1914 roku. O kwaterujących oddziałach i o potyczkach z Kozakami, którzy czasami zapuszczali się tu, by zasięgnąć języka o legionistach, a przede wszystkim o Piłsudskim.

"Kiedy mieszkał u nas, to wychodząc ze swej izby śmiał się ze mnie mówiąc: Jak tam, mój wojaku, gacie to dzisiaj założyłeś? Kiedyś prosiłem, aby przyjął mnie do swego wojska. Spojrzał na mnie, uśmiechnął się i rzekł: Przyjmę cię na pewno, ino musisz się nieco wzmocnić, bo nie wyglądasz tęgo. A wojsko to nie żarty. Sam widzisz w jakich warunkach muszą przebywać moi żołnierze. Przytaknąłem, bom widział nieraz, jak leżeli w swych dekówkach w błocie, kiedy padał deszcz, albo padał śnieg. Po paru dniach pobytu tutaj wyjechał i więcej go już nie widziałem" - westchnął pan Wojciech i zamilkł.

Wszedł na chwilę do domu i wyniósł stamtąd koszyczek, w którym były pamiątki z tamtych dni. "To są kule z kartaczy, a to siekańce" - tłumaczył pokazując metalowe przedmioty. "A to szrapnele z kul armatnich, jakie rozrywały się nad dekówkami legionistów. Wszystko to znalazłem tu w lasach i na polach, kiedy wojska odeszły. Niech dzieci mają na pamiątkę, aby wiedziały, jak tu kiedyś wojowano." Pokazał również bagnet austriacki i rosyjski, omawiając ich różnice.

Kiedy, dziękując, żegnaliśmy go, powiedział jeszcze: "Nasze władze nie patrzą chętnie na tych, co tu przyjeżdżają i oglądają. Ale wy przyjeżdżajcie i przywoźcie też swoje dzieci, by im pokazać to miejsce, gdzie rodziła się nowa Polska." Zaś po chwili dodał - niby do nas, niby do siebie: "Ale takiego wojoka, jak Piłsudski to nie było i nigdy nie będzie."

Wracając dzieliliśmy się wrażeniami z tej eskapady. Wszyscy zgodnie podziwiali "prostego chłopa", o tak wrażliwym sercu, na wskroś przepojonym miłością Ojczyzny. Nie robił z siebie bohatera, nie żądał poklasku, raczej wstydliwie opowiadał o swym udziale w tym "rodzeniu się nowej Polski". Uważał, że to co robił, to jego święta powinność, słuszny obowiązek. Żałował jedynie, że nie mógł dać z siebie więcej - jako polski żołnierz, jako legionista. A przecież brał udział w działaniach wojennych, też walczył o niepodległość Polski, tyle że w armii austriackiej. Nie wspomniał o tym jednak ani słowa. Dzisiaj wiemy, że walczył przeciwko armii rosyjskiej i dostał się do niewoli, w czasie której przez cztery lata musiał pracować jako katorżnik. A przecież odczucia tamtych lat nosił w sobie. Nie dało się zapomnieć. Wiedziały o tym jego dzieci. Najmłodsza córka, Maria, wspmina: "Ucząc się języka rosyjskiego próbowałam czasem głośno czytać, a wtedy (tato) zabraniał mi tego, gdyż sam dźwięk wyrazów w języku rosyjskim wywoływał w nim ogromny ból i bunt w związku z tym, co tam przeżył."

Wizyta u pana Bolisęgi wywarła ogromne wrażenie i dała głębokie przeżycia. Żadna, nawet najlepiej przygotowana lekcja historii, nie zrobiła na nas takiego wrażenia, jak to spotkanie "z prostym, niewykształconym chłopem", pełnym jednak miłości dla Ojczyzny.

Powoli czas zacierał w pamięci te przeżycia, a nawet je wypaczał. Przyznam, że kiedyś w rozmowie z jednym uczestnikiem tej wyprawy, wspominając wyjazd do Chyszówek, zaczęliśmy nieco powątpiewać w autentyczność wspomnień pana Bolisęgi, zwłaszcza dotyczących potwierdzania bytności wysłańców z meldunkami pieczęcią na spodniach, czy kalesonach. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy po latach, już po zakończeniu stanu wojennego, zdobyłem książkę Józefa Piłsudskiego pt. "Moje pierwsze boje" (wcześniej jakoś nie udało mi się jej przeczytać). I tak czytając ją dotarłem do rozdziału "Limanowa - Marcinkowice". Nazwy znajomych miejscowości tym bardziej pobudziły moją ciekawość. Zacząłem po prostu chłonąć każde zdanie, jako związane z historią miejsc tak mi bliskich, zwłaszcza, kiedy doszedłem do 155 strony. Aby to lepiej zrozumieć przytoczę tu większy fragment opisu wydarzeń, które wcześniej już poznałem ze wspomnień pana Bolisęgi. Oto on: "...Warunki wojny na Podhalu okazały się pod tym względem nadzwyczaj przyjemne. Mówię tu o stosunkach z ludnością. Nie było tu, jak w Królestwie, gwałtownego i najczęściej daremnego szukania oparcia i zrozumienia wśród ludności cywilnej. Nie trzeba było tu niczego szukać, bo wszystko, czego dusza żołnierza walczącego dla szczęścia Ojczyzny pragnie, było mu dane. Tu czułem się w Ojczyźnie, czułem się potrzebnym dla niej jako jej obrońca. Od góry do dołu - ksiądz, gazda góralski, czy jego gaździna, mieszczanin czy robotnik, wszyscy szukali po prostu okazji, aby w czymkolwiek dopomóc lub przynajmniej okazać swoją sympatię dla nas. Młodzi chłopcy chodzili na wywiady przed wojskiem. Robiono to za zgodą wsi, która wprost wyznaczała, kto ma iść. Więcej! By chłopak nie mógł skłamać, że był tam, gdzie go posłano, musiał wrócić z pieczęcią gminną, wyciśniętą na portkach jako namacalne świadectwo swej sprawności. W żadnej chacie czy domu nie czuło się, że jesteśmy ciężarem, pomimo że przecież wojsko nie należy do najprzyjemniejszych gości.

Żywo pamiętam jeden wypadek w zapadłej górskiej wsi, w której po jednej z nocnych wycieczek szukałem z wojskiem na pewien czas ukrycia. Stanąłem kwaterą w chacie góralskiej, która jak zwykle miała dwie izby. Jedną na zimę zamkniętą - czystą, drugą codzienną, że tak powiem, gdzie obok ludzi przechowują się cielęta, kury, prosięta i temu podobne pożyteczne, lecz brudne i cuchnące stworzenia. Pomimo zimna stanąłem w czystej połowie. Zastanawiała mnie gaździna, wysoka, o kształtnych rysach i dziwnie melancholijnych oczach. Była po prostu niestrudzoną w okazywaniu gościnności. Sama przybiegała często, proponując to lub owo, potem przysłała dzieci, które wpadały z ciekawymi buziami, by zapytać jeszcze, czy nie trzeba czego, lub by przynieść jeszcze więcej drew do pieca. Byłem strasznie zmęczony po nieprzespanej nocy, więc nużyła mnie nawet trochę ta nadzwyczajna gościnność. Gdy dałem wkrótce rozkaz do wymarszu, gaździna płakała rzewnymi łzami, patrząc swymi melancholijnymi oczami na odchodzące wojsko. Przypuszczałem, że obawia się ona nadejścia Moskali po naszym wyjściu i począłem ją uspokajać. Wtedy odpowiedziała mi: "Biedne wy wojoki polskie! Tego płaczę."

Nie chciała wziąć ani grosza za gościnę, nawet gdym chciał to zrobić pod pozorem zostawienia pieniędzy na cukierki dla dzieci. Dotąd za te serdeczne łzy tej Podhalanki czuję szczerą wdzięczność, a do całego Podhala ogromną sympatię za to odczucie Ojczyzny, które tam miałem."* Ta płacząca gaździna to Kunegunda z Moczarów-Bolisęga, jej mąż Stanisław Bolisęga - mieszkańcy Chyszówek na osiedlu Jony. To w ich domu stanął kwaterą Józef Piłsudski. Ile mieli dzieci, o których wspomina autor książki "Moje pierwsze boje", niestety, nie zdołałem się dowiedzieć. Wiem natomiast, że Wojciech Bolisęga, z którym przeprowadzaliśmy rozmowę, to ich syn - urodzony 22.06.1896 r., a zmarły 30.10.1981 r.

Wracając do książki Piłsudskiego należy podkreślić jego wdzięczność ujętą w tak pięknych słowach dla "płaczącej gaździny" i jej rodziny, a także pochwałę dla całego społeczeństwa Podhala i tą sympatię, jaką obdarzył ten lud za miłość do Ojczyzny i ofiarność dla niej.

Ja ponadto znalazłem tam potwierdzenie tego, co opowiadał nam pan Wojciech Bolisęga. W słowach jego nie było ani krzty przesady. Więcej! To, co robili jego rodzice i on sam, starał się przekazać jako coś zupełnie naturalnego, zwyczajnego. Bez cienia chęci wyróżnienia się. Ot, zwykły obowiązek. I oby wszyscy byli tacy, a przynajmniej większość.

staw
* Józef Piłsudski: Moje pierwsze boje, Wydawnictwo Łódzkie,1988.