Już od dłuższego czasu dwoje członków Towarzystwa Miłośników Tymbarku, Leokadia Kawula i Stanisław Wcisło, większość swojego wolnego czasu poświęca na opracowywanie i katologowanie zbiorów archiwalnych tymbarskiej parafii. Naprzeciw kancelarii parafialnej, ks. Proboszcz wygospodarował pomieszczenie, umeblował je z przeznaczeniem na archiwum i bibliotekę parafialną. Wizyta w tym pomieszczeniu przenosi odwiedzających w historię tą bliższą i tą dalszą. Przecież naskładało się dokumentów przez te paręset lat. Prezentujemy Państwu kilka "rodzynków " z archiwum w postaci tekstów i fotek:

Szanowna Redakcyo!

My niżej podpisani upraszamy szanownej Redakcyi, aby była tak łaskawa donieść naszym rodakom, o powodzeniu naszym w Texas w Ameryce! A ta rzecz się tak ma:
Wielebny ksiądz Feliks Orzechowski zostając tu w Texas od czasu powstania jako misyonarz; lecz nie mając stałego utrzymania wybudował z desek mały kościółek przez powały, a lichą chatke dał mu Amerykanin do mieszkania. Ażeby swój stan polepszyć rozpisał listy do Prus i Galicyi, ażeby się Polacy zjeżdżali do Texas, bo tutaj mogą wielkie majątki porobić; o czem ciągle zapewniał biorąc Pana Boga za świadka. Po przeczytaniu tychże listów, mówił każdy, że jako ksiądz przecieby kłmastw nie pisał. Najsamprzód Kasper Szybist z Galicyi, obywatel miasta Brzostka, wystawił swą realność, którą odziedziczył po swych rodzicach na publiczną licytacyę i biorąc za nią 2,500 złr. namówił kilka familij z sobą i odjechał do Ameryki, dnia 8 maja 1872 r. Po dwumiesięcznej żegludze morskiej dostał się do Nowego Jorku, dalej po drugich dwóch miesiącach dostał się do Texas parafii W.X.Feliksa Orzechowskiego. Z przybycia jego ksiądz był bardzo zadowolony, bo przywiózł z sobą jeszcze 600 tal., które w przeciągu 5 miesięcy stracili na dobre życie. Nareszcie uradzili pomiędzy sobą: Ksiądz, K.Szybnist i Wojciech Dzięgielowicz, ażeby pisać po więcej ludzi, którzy mają realności, aby z pieniądzmi przyjeżdżali do Texas, bo tu jest ten sam raj, gdzie Adam i Ewa mieszkali; na takie listy ludzie się wzięli do sprzedaży swoich realności, za jaką bądź cenę pozbawiliśmy się majątku.



Z wiosną tego roku poczęliśmy wyjeżdżać do tegoż raju, ci którzy byli z miast , to sie umieli rozmówić po niemiecku to i pieniądze dobrze pozamieniali, i nas poodjeżdżali. Ale my wieśniacy to jakeśmy tylko z Oswięcimia wyjechali, to tak jakby nam kto języki pourzynał; poszliśmy pieniądze zmieniać, to nam dali wiele im się podobało, bo my nieznali takich pieniędzy, a rozmówić my się nieumieli. Jakeśmy przyjechali do Nowego Jorku, to my mówili tylko: "Texas". Jak nas zaczęli wozić koleją po Ameryce, to i dwa tygodnie nas wozili, a my jeno dawali pieniądze, a co się naszych płótnianek naszarpali, nawyśmiewali z nas, jak my juz nie mieli pieniędzy, tośmy trzęśli głową, że nie mamy "Noni" dopiero nas zawieźli do księdza Orzechowskiego.

Spoglądaliśmy pilnie, gdzie ten Raj? gdzie ta plebania? a tu lasy w około, a plebania przez okna, wygląda jak kurnik; tu się rozpoczął płacz i narzekanie kobiet i dzieci naszych. Ksiądz nas przywitał, ale cóż kiedy nie miał kawałka chleba dla dzieci naszych, a kupić nie dostanie, bo to w lesie. Idziemy do naszego kochanego Szybista i Dzięgielewicza na przywitanie, a tu zastajemy ich w nędzy, bo zaledwo chlebem z kukurydzy nas potraktowali, bo tu się nic innego nierodzi oprócz kukurydzy i bawełny w całym Texas. Jednak w Galicyi gdyby człowiek miał takie zmartwienie, toby poszedł do karczmy i wypił parę półkwaterków, nareszcie-bym sobie i zaśpiewał, a tu nigdzie nie ma karczmy, chyba w mieście toby dostał wódki, i tak my też zrobili; poszliśmy do miasta i trochę podpili, zaśpiewaliśmy se po naszemu, a tu już do aresztu z nami; otóż masz Amerykę! Idziemy do księdza aby nam poszukał roboty, a on zaraz wynalazł sągi dębowe rąbać w lesie. Ale cóż kiedy tu murzyni nago rąbią i tak gorą znieść niemogą. Pomyślałem sobie: mój Boże: byłem wójtem w swojej kochanej wsi Bączali, każdy mi się ukłonił i do karczmy zaprosił, a tu muszę sągi rąbać; co ja i żona moja niepracowaliśmy nigdy ciężko, bo za wikt to dostał pracownika u nas. Oj jak bolesno, gdy człowiek sobie przypomni, jak się to wsadziło żonę na wóz i tam masła, jaj it.d. pojechało się na jarmark, to się i poszło do cukierni na hebatę, ciasteczków przedobrych się zjadło, a tu chleb z kukurydzy musimy jeść. Spędziliśmy parę tygodni o niczem, jeno o zmartwieniu i płaczu; ale ksiądz nas pocieszał, że się rozwinie bawełna w sierpniu, to zarobimy dość pieniędzy; ale cóż ksiądz myślał inaczej, a Pan Bóg zrządził inaczej; zesłał gąsienice i w trzech dniach zjadły na kilkadziesiąt mil bawełnę, nawet księdzu, co miał kilka morgów. I tak po zarobku. I tak pozostawialiśmy żony z dziećmi a sami wybraliśmy się w 27 osób w podróż furmankami szukać sposobu do życia; ale najgorszy mój nieprzyjaciel bodaj nie jeździł po drogach w Ameryce. Jadąc dzień drugi i trzeci, ani wsi, ani miasta nie widać tylko las. Gdzie nocleg? w lesie - nareszcie i wiktu brakło; niewiele się namyślając piątej nocy zabiliśmy wieprza w lesie, skórę odarli i na kijach upiekli, ale cóż kiedy i o wodę trudno do picia. Dnia 20 września przybyliśmy do miasta Calvert. Tu-by już dostał i chleba i wódki, ale cóż z takiego miasta, chociaż jest co kupić, kiedy niema za co. Ale tuśmy dostali roboty wszyscy u jednego Amerykana obierać bawełnę; płaca była dosyć dobra i wikt po amerykańsku. Stół nakryty, ale misek i łyżek drewnianych nie dali, jeno talerz, nóż i widelec przed każdym. Ci co byli z miasta, to się najedli jakoś tymi widelcami, ale my, co który wziął na widelec, nim doniósł do gęby, to mu spadło na ziemię. I cóż było jeść, jakiś groch w strąkach gotowany, bo tu nie mają cepów, żeby wymłócili, i trochę słoniny i kawy. Jeszcze do tego jakem wyciągnął swój nóż za pasa, to się wyśmiewali Amerykanie, nawet i nasi z miasta, z tego noża. Pomyślałem sobie, wiele ten nóż wykrajał gomółek w Galicyi, a tu musi chleb z kukurydzy krajać. Oj szkoda naszego kochanego barszczu i ziemniaków, klusek, kapusty - bo się nieraz i jajecznicy zjadło: a tu dosyć że tego niema, to się jeszcze z nas naśmiewają.

Jednakowoż tym, którzy są z miasta i umieją czytać i pisać i rozumią jaką profesyą, to im tu biedy nie będzie, bo się uczą szwargotać po tutejszemu, i prędzej im będzie lepiej; ale co my wieśniacy, to już jak my w Galicyi mało rozumieli, to też w Ameryce zostaliśmy osłami, bo to ani człowiek w życiu nie słyszał takiej mowy jak tu mówią. Mielibyśmy coś wiele do opisania naszym rodakom o tej Ameryce, ale aż trochę później opisywać będziemy, bo teraz jeszcze nie mamy stałego umieszczenia. Prosimy was kochani Rodacy nie słuchajcie tychże oszustów, bo oni ciągle piszą listy fałszywe, a lud się zjeżdża i płacze, a oni się śmieją i mówią tak: stracił ja majątek, strać i ty. Upamiętajcie się! nie traćcie swych rodzicielskich prac i realności, niech każdy trzyma obydwoma rękami majątek, jaki mu Pan Bóg i rodzice zostawili, bo ziemia polska jest to ziemia ukochana, bo gdybyśmy mogli stać się ptakami i przelecieć tę wodę, tobyśmy klęcząc całowali naszą ojczystą ziemię. Oraz proście i za nami Pana Boga, aby nas wybawił z ziemi amerykańskiej i raczył na nas się nie gniewać, żeśmy wzgardzili jego darami, któremi nas obdarzył. Kończymy nasze wyrazy i żegnając się z wami kochani Rodacy, bo prędzej się nie zobaczymy aż na Józefata dolinie.
Calvert, dnia 10 grudnia 1873.
Jan Kaszycki, dawny wójt w Bączali,
+Michał Cholewiak z Opacianki,
+Jędrzej Strugała z Bączali